Sara zdradziła, jak traktuje się kobiety na włocławskiej porodówce. Jej słowa przerażają

Kilka dni temu na Facebooku Sara Goździewska opublikowała post, który zatytułowała „Włocławska patologia… ku przestrodze”. Trzeba przyznać, ze jej słowa nie obyły się bez echa. Zareagowało na nie już wiele osób i aż zaroiło się od komentarzy pod nimi.

Inne się boją, ale ona nie zamierza milczeć

Sara zaczęła od tego, że często padają pytania, dotyczące warunków i zachowania personelu na włocławskiej porodówce. Twierdzi, że wiele kobiet nie chce i boi się komentować panującą w tym miejscu sytuację, aby przypadkiem ich słowa nie dotarły do pracujących tam lekarzy i położnych. Ona jednak zdecydowała się przerwać milczenie. Trzeba przyznać, że jej słowa robią wrażenie i skłaniają do refleksji nad stanem służby zdrowia w naszym kraju.

Takiego burdelu i prostactwa jeszcze nigdy nie spotkałam. Jeszcze bardziej dziwi mnie fakt, że są to ludzie wykształceni. To, jak traktują kobiety rodzące…

Brak miejsc i oczekiwanie na korytarzu

Po tych słowach przechodzi do sedna sprawy – opisu tego, co spotkało ją. Zgłosiła się na porodówkę do włocławskiego szpitala, ponieważ zbliżał się termin porodu, a ona wyczuwała o wiele mniejszą aktywność dziecka. Usłyszała wówczas, że w placówce brakuje miejsc, ale ostatecznie mogą położyć ją na korytarzu. Sara oczywiście się zgodziła, ponieważ dobro jej maleństwa było dla niej najważniejsze.

Na miejscu okazało się także, że wiele kobiet, będących już po terminie, było odsyłanych do domu, bo brakowało miejsc dla kolejnych. Była świadkiem, że jedna z ciężarnych, po tym jak została odesłana, wróciła 3 godziny później i to prosto na stół operacyjny, ponieważ było już za późno na poród naturalny.

„Zaraz mu przypier***ę!”

Później opisała, jak wyglądało to dokładnie u niej. Poszła na badanie, które wykazało, że z jej maleństwem wszystko jest w porządku. W między czasie zaczęły pojawiać się już delikatne skurcze. Przez 3 godziny podawano jej kroplówkę, później zdecydowano, aby podać kolejną. Gdy przyszedł następny lekarz, bardzo mocno zdziwił się, że Sara wciąż znajduje się pod kroplówką.

Leżę tak sobie, nic się nie dzieje. Po 4.5 h przyszedł lekarz już na innej zmianie: „Po co ona na tej kroplówce? Na sale!” W miedzy czasie leżąc, słyszę „Zaraz mu przypier***ę!” Później głos znajomej lekarki: „A może byś był tak ciszej!?” Przed swoja jakże zajeb***ą decyzja o odesłaniu mnie na salę, wpada lekarz który przed chwilą chciał komuś przypier***ić, zaczął się nakręcać: „Zdejmuj te pantalony, nie będę się przecież przedzierał… Stanęłam jak wmurowana. Mówię dobra, nie odzywam się, bo po co? Tylko sobie pogorszę. Pan doktor nie daje za wygraną: „Gdzie są moje rękawiczki?” – „Tutaj Panie Doktorze” – „W dupę se wsadź te rękawiczki, chce moje”

Zielone wody płodowe, ale pośpiechu nie ma. Po co?

Tak Sarze minęło popołudnie, wieczór i noc. Rano odbyło się kolejne badanie, w czasie którego okazało się, że z dzieckiem jest już jednak nie wszystko w porządku – problemy z wodami płodowymi, wagą. Zaczęły pojawiać się coraz mocniejsze skurcze. Pojechała na porodówkę, podłączono jej kolejną kroplówkę. Przebito worek owodniowy. Wody płodowe były zielone. Personel medyczny zamiast się zmartwić i pospieszyć, zaczął kobietę uspokajać.

„Pani się nie martwi. Wszystko pod ktg wszystko jest w porządku”. Ból niesamowity. Skurcze co 1.5-2 min, zero informacji, co się dzieje. Aparatura była tak stara, że leżałam przez 2 godziny na pół bokiem, nie wytrzymując z bólu. Inaczej ktg nie łapało… „Pani nie może wstać” i „Nie może” i „Nie może”. Myślałam, ze umrę z bólu. Przez 4 godziny moje dziecko było bez wód płodowych, leżąc w zatruciu organizmu. 1 cm rozwarcia. Dwóch lekarzy, przychodząc co godzinę, chciało biegiem zabierać mnie na cesarkę, ale wielki Pan doktor nie wyrażał zgody. W miedzy czasie usłyszałam dyskusję dwóch lekarzy: „Na co on kur*a czeka?”

Nie wszyscy tacy źli

Sara wyznała też, że miała choć odrobinę szczęścia w tej okropnej sytuacji, bo trafiła jej się też dobra położna, która okazała się być dla niej dużym wsparciem. Kobieta robiła wszystko, aby lekarze zabrali przyszłą mamę na cesarkę. Niestety bezskutecznie. Chcąc jej pomóc i ulżyć w bólu, przyniosła jej gaz rozweselający, jednak jak się okazało…prawie go już nie było.

Po dwóch godzinach męki Sara wybłagała w końcu, aby móc wstać. Sprzęt zaczął wariować, skurcze przestały być widoczne. Jak się okazało z tętnem dziecka również zaczęło dziać się coś niedobrego. Jednak „wielki Pan” nie dawał za wygraną i nie godził się na cesarskie cięcie.

Dopiero jej mama zmusiła lekarzy do wykonania operacji

Gdyby nie moja mama, która przekleństwami zmusiła dwóch przychodzących lekarzy do cesarki, moje dziecko pewnie by umarło. Prawdopodobnie podjęli w końcu decyzję bez wielkiego Pana. Widziałam to po jego wkur***niu, jak wbiegł na salę jak już leżałam na znieczuleniu

Poród i niespodziewana wiadomość

Po chwili było już po wszystkim. Choć nie do końca… Okazało się bowiem, że dziecko Sary jest chore. Jej synek ma Zespół Downa.

Super personel, wytłumaczył, co się dzieje.. Chłopak? Chłopak. Pokazali mi genitalia.. płacz dziecka.. szczęście.. łezki lecą.. Jak się okazało, dziecko ma Zespól Downa. Tak właśnie, Zespól Downa.. Wielki Pan na prywatnych, co 3-tygodniowych wizytach, biorąc po 250 złotych nie wykrył, że dziecko ma wadę genetyczna. Wyobraź sobie taką sytuacje.. Najlepsze.. Po 24. tygodniu zmieniłam Wielkiego Pana na równie dobra lekarkę, bo był za drogi.. i jakiś taki olewacki. Ona też nie wykryła wady genetycznej

Położna „z powołania”

Po porodzie Sara została położona w odosobnionej sali, a jej synek nie mógł znajdować się przy niej. Był nagrzewany i dotleniany na drugim końcu długiego korytarza.

Przynieśli małego na chwilę, żebym się nacieszyła widokiem napuchniętego, chorego, niedotlenionego dziecka. Opieka pielęgniarek po porodzie super – umyły, wytłumaczyły co i jak.. „Jutro Pani dopiero wstanie, bo zanim znieczulenie zejdzie będzie noc”. Stop! Jednak nie tak kolorowo… po 19 przyszła jakże mila Pani o rudych włosach… No wiesz ta prostaczka co kuśtyka.. Inaczej na nią nie mogę mówić.. „Wstajesz, myjesz zęby, czeszesz się, podmywasz”. No to lecimy.. wstałam umyłam zęby, wyczesałam się, ale umyć nie dam rady.. „Jak to nie dasz rady?!”, „Trzymaj tą podpachę, nie będę tego sprzątać”, „Co ty myślisz, że ja nie mam co robić, tylko Cię myć? ja bym nie chciała, żeby mnie ktoś mył w szpitalu!”. Poszarpała, podarła mordę z łaski, umyła. Jakie wsparcie! Co za kochana kobieta! Ch*j, że po cesarce, że jesteś wykończona psychicznie, bo twoje dziecko jednak nie jest zdrowe

XXI podejście do pacjentki w XXI wieku

To niejedyne nieprzyjemności, które spotkały Sarę ze strony personelu medycznego w włocławskiej placówce. W ten przerażający opis naprawdę trudno uwierzyć. Pomyśleć, że takie rzeczy dzieją się w XXI wieku…

„Rano wstajesz. Myjesz się sama”. Postaram się.. Rano pobudka. „Wstawaj, myjemy się..”, „Nie podam Ci reki”, „Wstawaj se sama..”. Nieważne, że mam 156 cm w kapeluszu, a łóżko takie, że żeby wstać musisz wywlec nogi na podłogę, leżąc na pół, podnieść się całym ciężarem, napinając mięśnie brzucha.. „Szybciej, trzymaj ta podpachę”. Umyłam zęby, wyczesałam się. Na krawędzi stołka usiadłam i próbowałam się podmyć. No takiej zabawy to ruda szm*ta jeszcze nie miała. Zawołała koleżankę.. „Dobre. Ty patrz jeszcze takiej nie widziałaś, co się na siedząco myje..”. Koleżanka zmieszana. Nie wiedziała, co powiedzieć z żalem wyszła. „Myj się. Wstawaj!”. Poszarpała i poszła..

Zero empatii

Ta sama położna nie podała też Sarze wózka, aby choć na chwilkę mogła iść zobaczyć swojego synka. Kobieta musiała iść do niego na nogach, mimo że prawie nie miała na to siły. Gdy przyszła do synka i chciała go dotknąć, panie położne okrzyczały ją, że one pracują, a ona się pojawia na kilka chwil i go budzi. Później i one swoim zachowaniem bardzo ją rozczarowały.

Na 3 dzień poprosiłam o umycie małego.. Idę 4 dnia, a ręcznik jak leżał tak leży. „Czemu dziecko nie umyte?” – pytam. Speszona położna.. „Umyte. Koleżanka wzięła szpitalny ręcznik”. Oliwką nie będzie smarować, bo wysusza. Ona innego używa.. Przyniosłam emolium, jak stało tak stało. Dziecko leżało tak wysoko, że nie miałam jak go podnosić przez ból, kable.. W końcu stwierdzili, że przewiozą małego do Torunia, bo u nas nie ma lekarzy, którzy postawią ostateczną diagnozę

Przerażające odparzenia

Na szczęście w Toruniu mogłam już przy małym robić wszystko.. stres, szok jakoś dałam radę. Po Włocławku mały miał tak odparzona pupę, że nie było jej widać, a skóra schodziła mu płatami..

Rada dla innych przyszłych mam

Na koniec swojego postu Sara umieściła jeszcze ostrzeżenie dla innych ciężarnych kobiet.

Dziewczyny, zastanówcie się pięć razy, zanim będziecie chciały rodzić we Włocławku.. a jeżeli już jesteście zmuszone tutaj zostać, nie pozwólcie, żebyście były same bez wsparcia rodziny i osoby, która jest opanowana i będzie umiała wymusić to, co do lekarzy należny… a te, które urodziły szczęśliwie, cieszcie się życiem i tym że miałyście szczęście.?

Oryginalny post Sary znajdziecie w tym miejscu

Miejmy nadzieję, że głos Sary zmieni coś w kwestii traktowania kobiet ciężarnych i tuż po porodzie

Źródło: facebook.com | Fotografie: pixabay.compixabay.compixabay.compixabay.compixabay.compixabay.compixabay.compixabay.compixabay.com

Tekst pochodzi z: popularne.pl

Comments

Loading...